Pochodzi z Warszawy. Marzyła o karierze baletnicy - tańca uczyła się dzięki stypendiom w najlepszych szkołach w Nowym Jorku, Londynie, Paryżu i Australii. Była modelka. Do Los Angeles przyjechała tylko na chwilę, spróbować szczęścia w hollywoodzkich wytwórniach. Zamiast agenta, w Hollywood znalazła... narzeczonego. W drodze „na szczyty" Izabellę wspiera też mama Grażyna Dyląg, dawniej aktorka warszawskiego Teatru Komedia, dziś bizneswoman, ojciec Aleksander Mikołajczak, aktor, występujący w „ Dzienniku Telewizyjnym", programie rozrywkowym Jacka Fedorowicza, brat Sebastian, student marketingu i zarządzania, próbujący swoich sil jako producent musicali w Teatrze Komedia. Nad karierą Izabelli czuwa Nick Styne - agent m.in. Cameron Diaz. W zagraniu pierwszej hollywoodzkiej roli pomogła jej sama Sharon Stone.
ELLE 4 sierpnia w Nowym Jorku odbyła się premiera filmu z Pani udziałem - „Coyote Ugly" w reżyserii Davido McNolly. Dla 19-letniej Polki to świetny start do hollywoodzkiej kariery.
Izabella Miko W tym filmie nie gram głównej roli, ale kiedy ruszyła kampania reklamowa, moja twarz pojawiła się jako pierwsza na największym billboardzie, zajmującym całą ścianę 30-piętro-wego wieżowca w centrum Los Angeles. Wisiałam tak samotnie przez dwa dni, zanim doklejono pozostałe aktorki. Kiedy przyleciałam do Los Angeles na spotkanie z producentem, na lotnisku pani z obsługi uśmiechnęła się do mnie: „O, Izabella Miko! Cieszę się, że mogłam Panią osobiście poznać".
ELLE Pierwszy film, drugoplanowa rolo i stała sie Pani w Hollywood sławna?
I.M. Sławna jeszcze nie. Powiedzmy - rozpoznawalna. „Coyote Ugly" nie jest filmem o wyszukanej fabule. To historia pięciu barmanek z klubu w Nowym Jorku. Energiczna Cammie, postać którą gram, zarabia mnóstwo pieniędzy, jest chorobliwą ciuchomanką, ciągle się zakochuje. Kiedy w jej życiu pojawia się nowy chłopak, sprawia sobie tatuaż. Taka nieskomplikowana historyjka, która ma widza rozbawić i wzruszyć. Producenci z „Touchstone Pictures" i „Jerry Bruckheimer Films", przewidując hit kasowy, zainwestowali majątek w promocję filmu. Los Angeles tonie w reklamach. Kiedy jadę samochodem i przez szybę oglądam siebie powiększoną do nieludzkich rozmiarów, z emocji serce bije mi szybciej.
ELLE Jak cudzoziemka bez nazwiska znalazła sie w „stajni" Nicka Styna, agenta Cameron Diaz, Micka Jaggera, Tima Robbinsa?
I.M. Wyjechałam z Polski na stypendium baletowe do Nowego Jorku, gdzie zapisałam się też na kurs aktorski do słynnego Lee Strassberg Theatre Institute. Na życie zarabiałam jako modelka. Jak tylko mogłam, biegałam na castingi. Ale nikt nie chciał ze mną rozmawiać, bo... nie miałam agenta. Od innych usłyszałam, że w Los Angeles jest łatwiej. Moja agencja modelek Q Models pomogła mi wynająć mieszkanie i zapewniała sesje zdjęciowe na dwa miesiące. W tym czasie miałam znaleźć sobie agenta.
ELLE I stał sie cud. Nick Styne zaproponował Pani współprace?
I.M. Całe dnie spędzałam na różnych spotkaniach. Na castingach mówili: „Nie może pani dostać roli, bo nie ma pani agenta". W agencjach: „Nie ma pani żadnego dorobku". Tłumaczyłam im: „Do diabła, ktoś z was musi dać mi na początek szansę". Trudno było ich przekonać, ale nie zniechęciłam się. Chodziłam od drzwi do drzwi. Wydałam wszystkie oszczędności. Mama wysyłała mi z Polski pieniądze na życie. Pod koniec pobytu w Los Angeles dużo chodziłam na piechotę. Któregoś dnia wstałam przed siódmą, żeby dojść na spotkanie o dziesiątej. Po drodze wstąpiłam do jakiegoś hotelu, aby trochę odsapnąć i zadzwonić. Kiedy wisiałam na telefonie, pewien mężczyzna zaczął mi się przyglądać... Ale to nie jest opowieść o agencie! To jest moja historia miłosna.
ELLE Historia miłosna?
I.M. Podszedł do mnie i zaczął zagadywać. Najpierw byłam zła. Niedobrze, jakiś facet przyczepił się do mnie - kombinowałam, jak się go pozbyć. Jonny okazał się jednak czarujący, dowcipny i inteligentny. Umówiłam się z nim na obiad. Po obiedzie pojechaliśmy na plażę w Santa Monica. Nazajutrz rano odprowadziłam go na lotnisko. Wracał do Nowego Jorku, gdzie mieszka.
ELLE I co było dalej?
I.M. Mój chłopak dzwonił do mnie codziennie...
ELLE Mój chłopak, czyli...?
I.M. Jonny oczywiście. Uwielbiam tak go nazywać. Przyjechał na następny weekend, bo tęsknił za mną. Wtedy dopiero dowiedziałam się, że jest znanym agentem muzycznym.
ELLE A jak poznała Pani Nicka Styna?
I.M. Któregoś wieczoru poszliśmy z Jonnym na kolację w Los Angeles. W restauracji przysiadł się do nas jego znajomy. Jonny przedstawił nas sobie, ale nazwisko Styne nic mi nie mówiło. Kiedy się żegnaliśmy, zapytał, czy nie przeczytałabym kilku scenariuszy? Jonny dopiero później powiedział mi, kim jest Nick.
ELLE Dla Pani pracuje cały sztab doradców: menedżerowie z Talent Entertainment Group, biznes menedżer, specjaliści od public relations. Każdy z nich ma kilku asystentów.
I.M. Wszyscy są mi potrzebni, ale najważniejszy jest agent. Oprócz Nicka Styna w Los Angeles mam agenta w Nowym Jorku - Scotta Wexlera, który opiekuje się miedzy innymi Kylem Maclachanem (agent Cooper z „Twin Peaks" - przyp. red.). Dobry agent potrafi zdobyć dla swojego aktora dobry scenariusz, czyli taki, w którym jest dla niego odpowiednia rola. Ma podopiecznym „wyrobić" nazwisko. Nie jest to łatwe, bo w Stanach są tysiące wspaniałych aktorów, którzy czekają na swoją szansę. Agent negocjuje wysokość honorarium, odpowiedni hotel, posiłki, bilety lotnicze w biznes class, tańsze rozmowy telefoniczne...
ELLE Wiemy, jak trudno zdobyć agenta i jako jest jego rola w życiu aktora. A co robią Pani menedżerowie - Brian Medavoy i Louise Spinner?
I.M. Organizują mnóstwo biznesowych spotkań, castingi, wywiady, rozmowy z producentami, reżyserami, przyjęcia. Dwa razy w miesiącu latam do Los Angeles. Menedżerowie tak układają mi „harmonogram zajęć", abym na wszystkich spotkaniach była punktualnie i w dobrej formie. Zawsze z przerwą na wypoczynek. Załatwiają mi samolot, hotel i samochody Jeśli dzieje się coś nieprzewidzianego np. samolot ma opóźnienie, nie dostaję palpitacji ze strachu, że to koniec mojej kariery. Dzwonię do menedżera i on wszystko ustawia na nowo. Dobrzy menedżerowie, a moi tacy są, współpracują z agentem i przez swoje kontakty też pomagają zdobywać role.
ELLE To menedżerowie pouczają Panią, na których przyjęciach się bywa, a na których nie?
I.M. Tym zajmują się Christina Papadopoulos i Ame Wan Iden z agencji public relations Wolf Kasteler, reprezentujący między innymi: Nicolasa Cage'a, Meg Ryan, Kim Basinger. Są odpowiedzialni za mój wizerunek w mediach. Załatwiała wywiady w najlepszych gazetach i sesje zdjęciowe. Na premierze „Coyote Ugly" 100 reporterów chciało przeprowadzić ze mną wywiad. Agenci public relations dopuścili tylko 20, ich zdaniem najbardziej godnych zainteresowania. Kiedy zdziwiona zapytałam, dlaczego nie mogę porozmawiać z panem X, odpowiedzieli: „Absolutnie nie! Teraz będzie dla ciebie milutki, ale potem opluje cię w gazecie".
ELLE Dbają o Pani reputację?
I.M. Dementują niepochlebne plotki. Jeśli na przykład ktoś napisze, że widziano na jakimś przyjęciu, jak całuję się w kącie ze znanym piosenkarzem Y, „moi ludzie" natychmiast dzwonią do mnie, by sprawdzić, czy to prawda. W Hollywood przynajmniej na początku kariery aktorka musi mieć nienaganną opinię. Jeśli powiem „nie", agenci public relations dementują, prostują, domagają się przeprosin, mogą wytoczyć proces. Jeśli powiedziałabym „tak", obraliby taką taktykę, aby sprawę jak najszybciej i jak najdyskretniej „wyciszyć". Do pani moi agenci public relations też zadzwonią!
ELLE A gdzie w Hollywood warto się pokazać?
I.M. Na przyjęciach charytatywnych. Byłam na takim kilka dni temu. Dochód z niego przeznaczono na walkę z rakiem piersi. Bilet kosztował 250 dolarów. To bardzo dużo, ale nie płaciłam, ponieważ byłam zaproszona jako celebrity - gwiazda.
ELLE Czy bez pomocy biznes menedżera, Toma Carra, Pani kariera naprawdę by ucierpiała?
I.M. Dzięki niemu oszczędzam mnóstwo czasu. Zajmuje się wszystkimi moimi rachunkami, czekami, podatkami. Kiedyś zajmowałam się tym sama i to było straszne. Dzięki niemu odkładam na własne mieszkanie. Kiedy dzwoni, że „jest nieźle", wybieram się na Rodeo Drive kupić sobie nową bluzkę.
ELLE Nie żal Pani pieniędzy na utrzymanie takiej armii doradców? To musi byc bardzo kosztowne?
I.M. Jest kosztowne, to prawda. Agenci i menedżerowie biorą po 10 proc. mojego honorarium. Biznes menedżer 5 proc. Agentom public relations płacę 2,5 tys. dolarów miesięcznie. Mam jeszcze prywatnych nauczycieli od wymowy. To też kosztuje. Załatwienie mi roli za kilka milionów dolarów na pewno się agentom i menedżerom opłaci.
ELLE Czy naprawdę w tym zawodzie już sam talent nie wystarcza?
I.M. Kiedy wymęczona i niepewna wyników wracałam limuzyną na lotnisko z trzeciego przesłuchania do „Coyote Ugly", zadzwonił agent, że dostałam tę rolę. Popłakałam się ze szczęścia. Samolot był wypełniony po brzegi. Ludzie głośno gadali, dzieci płakały, rzucały we mnie popcornem, a ja przez telefon omawiałam z agentem kontrakt. (Nick powiedział mi wtedy, że ostatni raz lecę w economy class). Wtedy okazało się, że nie mam pozwolenia na pracę. Producent dostał szału, a ja poryczałam się z rozpaczy.
ELLE Przecież się udało?
I.M. Wizę „Ol", uprawniającą do pracy w filmie, dostają ludzie o „wybitnym znaczeniu narodowym i międzynarodowym" - np. kandydaci do Oscara. Byłam bez szans. Nick załatwił mi poręczenia od hollywoodzkich gwiazd, między innym od Sharon Stone. Zadzwoniłam do polskiego ambasadora w Waszyngtonie. Był szalenie miły i napisał mi pochlebne, oficjalne pismo, za co jestem mu bardzo wdzięczna. Ale w urzędzie mówili: „Potrzebne są jeszcze wycinki z prasy, że była pani w Polsce gwiazdą". Tłumaczenie, że wyjeżdżając, miałam tylko 17 lat, nic nie dało.
ELLE I co Pani zrobiła?
I.M. Zadzwoniłam do mamy. Cała moja rodzina przekopywała się przez wszystkie gazety, szukając jakiejkolwiek wzmianki na mój temat.
ELLE Grała Pani w polskich filmach?
I.M. Niewielkie role w „Kuchni polskiej" Jacka Bromskiego, „Zakolu" Włodzimierza Olszewskiego, „Litwo, Ojczyzno moja" Tadeusza Byzdrama. Byłam na skraju załamania nerwowego. Gdybym wtedy miała wszystkich moich doradców, obyłoby się bez całego cyrku.
ELLE Jak Pani w Polsce trafiła na plan?
I.M. Moi rodzice są aktorami: mama - Grażyna Dyląg, pracowała w warszawskim Teatrze Komedia, tata - Aleksander Mikołajczak, w Teatrze Nowym. Cale dnie spędzaliśmy z bratem na widowni. Zacierało nam się, czy jesteśmy na próbie, czy na spektaklu. Pewnego razu siedzimy w pierwszym rzędzie, chrupiemy paluszki, gadamy. Na scenie pojawia się mama. „Mamusiu, siku!" - wołamy. Oczywiście byliśmy na spektaklu. Ludzie na widowni płakali ze śmiechu, bileterka musiała nas wyprowadzić. Wychowując się w środowisku reżyserów i aktorów, mieliśmy możliwość grania małych ról w filmach, ale traktowaliśmy to jako zabawę.
ELLE Chodziła Pani do szkoły baletowej?
I.M. Dostałam się z odwołania, warunkowo, bo jak stwierdzono, nie miałam predyspozycji. Nie byłam gibka, tylko chuda i sztywna jak kij. Zawzięłam się. Miałam 15 lat, kiedy pojechałam na biennale tańca do Poznania. Po trzech tygodniach warsztatów amerykański choreograf zaproponował mi stypendium w prestiżowej School of American Balett w Nowym Jorku.
ELLE Pani rodzice zgodzili się?
I.M. Tata trochę się wahał, ale mama była zdecydowana. Wiedziała, że taka szansa drugi raz mi się nie zdarzy. Znajomi mówili, że jestem za młoda, że sobie nie poradzę. Pojechałam razem z mamą. Potem zostałam sama.
ELLE Nie bała sie Pani?
I.M. Całymi dniami tańczyłam w szkole, po południu chodziłam na prywatne lekcje. Do akademika wracałam, by spać. Po mamie odziedziczyłam odwagę, siłę przebicia, wytrwałość, spryt. Nauczyła mnie rozpoznawać intencje ludzi, nawiązywać z nimi kontakty. Czarować ich. Dzięki temu mogła zmienić branżę z aktorskiej na budowlaną. Ma teraz dwie firmy. Jedna dostarczała materiały budowlane m.in. do urzędu Rady Ministrów, druga układa parkiety. Mama potrafiłaby sprzedać paczkę wacików do uszu za milion złotych. Często do mnie przyjeżdża, a jak jej przy mnie nie ma, rozmawiamy przez telefon trzy razy dziennie. Bez niej nie byłabym tu, gdzie jestem. Bez taty również. Po nim odziedziczyłam radość, dobroć, wrażliwość na piękno.
ELLE Dlaczego zrezygnowała Pani z kariery tancerki?
I.M. Uczyłam się zaocznie, maturę robiłam w University of Nebrasca. Regularnie przyjeżdżałam do Nowego Jorku. Harowałam od świtu do nocy. Byłam w szkołach baletowych w Londynie, Cannes, Sydney. Liczył się tylko taniec. Zaczął mi wysiadać kręgosłup. Kiedy nie mogłam już wytrzymać z bólu, poszłam do lekarza. Powiedział, że przy takim tempie i wysiłku w wieku 25 lat będę kaleką.
ELLE Załamała się Pani?
I.M. Jeszcze jakiś czas tańczyłam. Nie chciałam się poddać. Wpadłam w depresję. Nie trwała jednak zbyt długo, bo nie jestem typem, który pochlipuje z ża-
łu nad swoim losem. Dostałam rolę w filmie „Litwo, Ojczyzno moja" i wtedy na planie pomyślałam, że aktorstwo może mi w życiu dostarczyć takich samych emocji co taniec.
ELLE Chciała Pani zdawać do szkoły aktorskiej?
I.M. Nie. To by strasznie długo trwało, zanim mogłabym grać prawdziwe role. A ja jestem niecierpliwa. W Polsce nikt nie potrafi wykorzystać zapału młodych ludzi. Jak się ma 17 lat, to człowiek jest najbardziej zainteresowany poznawaniem życia, świata. W aktorstwie nie wolno czekać. Trzeba rzucić się od razu na głęboką wodę. W Stanach do filmów angażują coraz młodsze aktorki.
ELLE Czy „Coyote Ugly" to jedyny film, w jakim Pani zagrała w Stanach?
I.M. Niedawno zakończyły się zdjęcia do filmu „The Forsaken" w reżyserii Joe Cardone'a. Mam tu zupełnie inną rolę - dramatyczną. Film jest bardzo brutalny, pełen krwi, bo to historia o ludziach, którzy muszą zabić, aby przeżyć. Są tam trzy główne role, dwie męskie i moja. Jestem ofiarą, wyglądam na 12 lat, wszyscy użalają się nade mną. Film wejdzie na ekrany za kilka miesięcy. Teraz czytam dużo scenariuszy. Kilka odrzuciłam, bo uważałam, że nie było tam dla mnie dobrej propozycji.
ELLE Przyjęłaby Pani rolę w polskim filmie?
I.M. Nie. Jeśli teraz opuściłabym Los Angeles, po trzech miesiącach wszyscy by tu o mnie zapomnieli. Ale marzę, że kiedyś zagram w Polsce, np. u pana Andrzeja Wajdy.